Wysłany: 25-12-2003, 01:49 .:Najdziwniejsza historia nurkowa:.
W prezencie świątecznym, na długie świąteczne wieczory, opowiadanko nurkowe do ogniska, mojego autorstwa, spisane naprędce. Jeśli zechcecie je gdziekolwiek cytować, pokornie proszę o wspomnienie osoby autora.
Miłosz "Nishigoi" Brzeziński
NAJDZIWNIEJSZA HISTORIA NURKOWA
Sobota. Stanąłem przed odwiecznym porannym wyborem: wrócić w pielesze, objąć śpiącą żonę i zapomnieć o wszystkim, czy złapać nurkowy szpej i wepchnąć się obok niego do samochodu. Wyśpię się jak umrę, pomyślałem i pocałowawszy powietrze nad łóżkiem, chwyciłem bagaże, by przecisnąć się przez próg mieszkania. Piąta piętnaście. Szybko skalkulowałem, że o dziewiątej powinienem być w wodzie. Ale w wodzie znalazłem się zaraz po wyjściu z klatki. Od czwartku sikało deszczem bez przerwy, ale co mnie nie zabije, to... wiadomo. Gdyby padało od wtorku moja chęć wyjazdu byłaby pewnie jeszcze silniejsza. Na pohybel płanetnikom. Pod wodą jest jedna pogoda: nurkowa. W zasadzie pogoda nurkowa jest wszędzie. To właśnie promuje ten sport ponad inne. Amen.
***
Drogę do bazy miałem prostą jak drut. Wycieraczki ledwie zdążały ze swoją syzyfową robotą, a ja z każdym wyprzedzonym tirem i PKSem bliżej miałem do upragnionego akwenu. Choć tak naprawdę oczami wyobraźni dawno już byłem pod wodą. Szum pracującego automatu, leniwe spojrzenia ryb i przejmująca powolność myśli - zazdrości mi tego cała rodzina, która potrzebuje miesiąca wczasów, żeby dojść do siebie po harówie dnia codziennego. Dla mnie jeden weekend. Cztery, pięć zanurzeń. Może wyjdzie nocne? Nocne to by było coś. Jeśli uda się nabić flaszkę nitroksem, łyknę dziś trzy nurki jak młody pelikan.
Tymczasem na trasie już zaczynają się niewielkie jeziorka, mosty, przejazdy. Szkoda, że żadne w pobliżu nie jest wystarczająco czyste....
Pies!
- Kur.a! - krzyczę nagle, gwałtownie skręcając kierownicę i wciskając samochód w barierkę rozpoczynającego się mostu. Potworny zgrzyt i pisk blachy trącej o stalowy płotek! Boczna poduszka strzela. Hamulce! Wsteczne lusterko? Za mną pusto. Zatrzymuję się. Światła awaryjne. Sukinkot, mało brakowało - myślę wzdychając i czuję, że odpływam.
***
Cały bok strzaskany. Prawy reflektor, drzwi... Nadkole. Ale syf! W pierwszym odruchu chcę to wszystko chrzanić i wpakować się do wozu, żeby jechać dalej. Na dodatek deszcz przestał siąpić. No to pięknie. Przestawiam samochód za mostek, wyciągam kurtkę i rzucam ją na trawę nad brzegiem jeziorka. Bułka, kotlet mielony i pomidor. Z nerwów jeszcze trzęsą mi się ręce i prawie wcale nie czuję smaku jedzenia. Ale bagno! Do tego isostar - ponoć zatrzymuje w organizmie wodę. Może łatwiej będzie wytrzymać w piance, kiedy już zmarznę i przyprze mnie znana przypadłość.
Przeżuwam kotleta i patrzę na wodę. Niezły akwenik. W lekkim dołku, ze dwadzieścia hektarów. Drugi brzeg ledwie widoczny w porannej szarówce. No i jeszcze mgła delikatnie pełzająca tuż nad gładką powierzchnią. Z rzadka chlupią się rybki. Jak z obrazka. Spójrzmy prawdzie w oczy: to byłaby choroba, gdybym wsiadł teraz do samochodu i pojechał do bazy nurkować. Ale może jestem chory? Pieprzyć to. Pojadę.
- Kur.a! - znowu przeklinam, bo wiem, że tak tylko gadam. Zresztą co mam powiedzieć nowego? Życie pisze czasem nudne scenariusze. Spoglądam na wodę. Na dnie niewielkie kamienie, sięgam wzrokiem na jakiś metr wgłąb. Chorobcia, wystarczyłoby. I już wiem jak osiągnąć kompromis.
***
Solo nurek. Płytki, nic się nie może stać. Potrenuję strzały z bojki, pobawię się szpulką. Woda chłodna, ale miła. Pierwszy wydech z automatu wypłukuje ze mnie potężną dawkę stresu. "Wdychasz energię, wydychasz problemy" - cholerna szkoła rodzenia, na którą łażę z Aśką. Nawet na nurkowaniu zostawiła mi skazę. Trzy metry w głąb i już mi wszystko jedno. Pięć metrów i jestem bardzo zadowolony. Widoczność znacznie lepsza, niż sądziłem. Dałbym siedem, może osiem metrów. Zostawiam nad sobą termoklinę i dla zabawy przepłukuję usta lodowatą wodą. Chrzanić samochód! Chrzanić wszystko! Na dwunastym metrze jestem pełen podziwu dla tego skromnego jeziorka. Sporo roślinności na brzegu - nie wyglądało na rynnowe, a tu wyraźnie, zdecydowanie dno napiera ku dołowi. Na dwudziestym metrze dochodzę do wniosku, że ono się chce ze mną zmierzyć. Spoglądam przed siebie i poziomuję pozycję. Dno wyraźnie jeszcze opada. Ale ja jestem sam. Dwudziesty czwarty metr i koniec. Dopływam do resztek jakiegoś gruchota. To będzie meta. Tradycja z "koparek", gdzie zatopili BMW, z Kulki, gdzie leży trabant oraz innych akwenów dotarła i tutaj. Mazury: wielki podwodny parking i złomowisko. Moje odkrycie leży na dachu, wbite w muł. Ledwie widać cokolwiek, więc pomagam sobie latarką. Małe żółte kółko chaotycznie omiata znalezisko. Jakoś nieswojo się czuję i już mam zajrzeć do środka, kiedy lęk delikatnie ściska mi krtań. A nuż zastanę tam kogoś, kto na zawsze utknął za kierownicą? A jeśli to kobieta? Długie blond włosy unoszące się po kabinie, wielkie przerażone oczy i twarz przyciśnięta do szyby. Usta w niemym krzyku, wypełnione wodą, napuchnięte... Momentalnie widzę tam Aśkę. Cholera! Zamykam oczy i robię jeden głębszy wdech. Do dupy takie nurkowanie.
Butla piętnastka, zostało mi siedemdziesiąt atmosfer. Niesamowite jak te nerwy robią swoje. Dwadzieścia dwa metry. Za krótko byłem, żeby planować deco, ale zrobię postój na trzech metrach. Nawrót półkolem, żeby nie płynąć po wzbitym mule i idę na azymut do brzegu. Kolejne pięć metrów i jestem na dwudziestu sześciu metrach. Potrząsam głębokościomierzem. Jak to możliwe? Za sobą mam wciąż ten upiorny samochód. Pedałuję chwilę i znów patrzę na głębokościomierz. Dwadzieścia osiem. Nieśmiało spoglądam za siebie... Grat wciąż tam jest. Powinienem być już dwadzieścia metrów od niego, a wciąż go widzę! Jakby chciał, żebym do niego wrócił i zajrzał. Wypuścił te zwł... Tam nic nie ma! Nie jesteśmy w kinie, debilu! No nie. Dosyć zabawy. Wynurzam się w toni. Pięćdziesiąt atmosfer. Nie ma co kombinować. Przynajmniej wiadomo, gdzie jest góra. Nerwowo spoglądam na głębokościomierz. Wskaźnik stoi.... Drgnął. Dwadzieścia pięć, dwadzieścia trzy... Ufff... Na trzech metrach robię deco. Patrzę tylko w górę. I, głupek, zastanawiam się oczywiście: a jeśli nie patrzę, zaś tymczasem z dołu... Odruchowo podkulam nogi pod siebie i oczywiście buja mnie do przodu, niczym gigantycznego embriona zawieszonego w wielkiej macicy. Pieprzyć deco. Pompuję delikatnie jacket, a z półtora metra po prostu daję czadu na maksa i wyrzuca mnie jak małą rakietę z łodzi podwodnej.
Brzeg niedaleko, wokół wciąż szarówka. Płynąc w delikatnej mgiełce docieram w końcu do płycizny. I w tej samej chwili orientuję się, że to nie jest ten sam brzeg, z którego zszedłem do wody.
***
Szpej na plecach, płetwy w ręku i ruszam wzdłuż wąskiej plaży. Dosłownie kilkanaście metrów stamtąd pośród krzewów, na piasku widzę nieduże ognisko i dwie postacie obok. O, dobry Boże! Przyspieszam odruchowo i jakież jest moje zdziwienie, gdy okazuje się, że to bracia nurkowie. Boże, dzięki po dwakroć! Nieduże ognisko, tylko tyle, żeby było. Dwóch mężczyzn. Jeden urody świętego Mikołaja: obfita broda, wąsy podgolone pod nosem i kartoflany nochal. Grzebie kijkiem w żarze. Ma na sobie suchara Gatesa. Krezusik. Obok, jakiś metr od niego misternie ułożona płyta z workiem i wpiętym twinem. Ładny zestaw - myślę sobie. Drugi koleś siedzi tyłem. Wysoki, smukły, w piance. Na plecach pojedyncza butla i Mares Synchro Power. Flaszka przydaje się teraz jako oparcie. Obok maresy quattro.
- Ohoho... - krzyczy niemal podręcznikowo Święty Mikołaj. - Kogóż nasze oczy widzą? - Drugi się odwraca. Młody mężczyzna, jakieś trzydzieści lat. Ufff...
- A kogoż moje? - Próbuję wczuć się w klimat. - Przez chwilę miałem nadzieję, że ten akwenik jest jeszcze nieodkryty.
- Gdzieżby tam - odzywa się drugi mężczyzna. - Siadaj. Jestem Wojdi, a to Kazik, znany jako Karaś.
- Miło mi. Adam. - Witamy się uprzejmie.
- Herbaty? - Karaś unosi termos. Z nerwów zupełnie zapomniałem o zimnie. - Chętnie.
Nalewają mi kubek.
- Wy z jakiegoś klubu, czy spontanicznie?
- Z klubu - odpowiada Wojdi. - Małego, ale prężnie się rozwijającego. Czekamy jeszcze na trzeciego. Mieliśmy dziś robić trojkę. Taki rekonesansik niezobowiązujący.
- Ja już byłem w wodzie - siadam obok i rżnę twardziela z morskiej pianki. Chyba nigdy się nie oduczę. - Głębszy ten stawik, niż się wydaje. Dwadzieścia sześć metrów mam na "radarze". Na dwudziestu czterech minąłem jakiś zatopiony samochód. Sam nie chciałem złazić niżej.
- A i pewnie - rechocze Karaś, dzięki czemu mam wreszcie czas, żeby wychylić herbatę. - Dobrego nurka poznasz nie po tym na co się zdobywa, tylko z czego i kiedy rezygnuje. Zawsze to powtarzam: nie czujesz się na siłach, nie odpowiada partner, nie bój się powiedzieć "nie".
- Jak z wódką - prycha Wojdi i wszyscy uśmiechamy się porozumiewawczo.
- Taaa... - Zapada nerwowe milczenie.
- Czekamy jeszcze? - Karaś spogląda na zegarek. - Czy idziemy zanurkować?
- Czekamy. No jak to - Wojdi poprawia jacket. Nie jest to najwygodniejsza pozycja.
- Słuchajcie panowie, a którędy dojdę do mostku, tego na gdańskiej?
- Prosto, przed siebie - Kazik macha niedbale ręką. - Dwieście metrów i masz.
- Idziesz już? Spieszysz się? - Wojdi jest wyraźnie niepocieszony. - Może zanurzysz się z nami? Mamy zapasową flaszkę. Nitroks trzydzieści sześć. Znasz? Umiesz? Poszedłbyś?
Karaś kręci głową, ale Wojdi wydaje się tego nie zauważać. Co, może jestem za słaby? Ale spokojnie. Nie nerwowo. Nie jak szczeniak.
- Nieeee wiem - odpowiadam. Jak szczeniak na pewno nie zagrałem. Prędzej jak siksa na imprezie pod remizą.
- Poczekajmy jeszcze - przypomina Kazik. - A skoro już czekamy, to zgodnie z tradycją, niech każdy przypomni sobie najdziwniejszą przygodę nurkową, jaką przeżył. Co wy na to?
***
Ognisko z lekka przygasło i powiało chłodem. Wtuliłem dłonie w kubek herbaty. Wojdi znów poprawił jacket. Przez spłuczkę na tyłku poszło nieco powietrza.
- Cztery lata temu - zaczął. - Zalane jaskinie. Cenoty znaczy się. Idziemy we trzech. Wszyscy doświadczeni. Ćwiczebnych przeplotów na poręczówkach mamy za sobą więcej niż wasze babcie razem zrobiły na drutach. Nie mając powierzchni nad głową czujemy się jak w domu. Ostatni rok, to w zasadzie tylko lód i jaskinie. Idziemy w czysty, niezbadany korytarz. Wszystko klepnięte, wyprawa oficjalna. Idę ostatni i wszystko jak w zegarku-szwajcarku, aż tu nagle widzę obcą poręczówkę. Nie wierzę oczom! Ktoś nas wrobił. Wyciągnął kasę! Odpływam dosłownie kawałek i świecę w dziwny korytarz w bok. Tam, gdzie prowadzi linka. Ciemno. Pojedynczy błysk światła. Ktoś tam nurkuje! Postanawiam zawołać chłopaków i nie uwierzycie... Naszej poręczówki nie mogę znaleźć! Szukam, krążę, macam. Rozpuściła się! Mam tylko tę nową. Co robić - przyłączę się do tamtej grupy. Nie wiem co mnie tknęło. Kogut byłem i tyle. Wiedza sobie, a ikra kogutka pchnęła mnie w ten korytarz. Szuram więc z płetwy wzdłuż poręczówki i nagle jestem w tym samym miejscu, w którym byłem przed chwilą, tylko płynę w inną stronę. Poręczówka jest jedna, nie krzyżuje się, a przecież powinna! Jak wół powinna! Znowu płynę przed siebie i już wiem, że się zgubiłem. Poręczówka jak zaczarowana: jeden kawałek liny, bez końca i bez początku, wiedzie różnymi korytarzami i zawsze wraca w to samo miejsce. Nade mną zebrało się już sporo powietrza. Latarki kolejno zaczynają słabnąć, a ja nie wiem co robić. Zaczynam oszczędzać czynnik oddechowy. Oglądam manometry i tracę nadzieję. Zahaczam zapasowy kołowrotek i robię przepisowe koła wokół wiadomego miejsca. Po kolejnej półgodzinie wiem, że już nie starczy mi na deco i tylko cud może mnie uratować. Wiecie jakie to uczucie? Nawet teraz nie potrafię tego opisać. Żyjesz, ale właściwie już jesteś martwy. Przypominasz sobie imiona wszystkich znanych bogów i losujesz któregoś do pierwszej modlitwy. Najszczerszej w życiu. Myślisz o tych, którzy giną od kuli i zazdrościsz szybkiej śmierci...
- Nieźle - burknął Kazik. - Ale cuda się ponoć zdarzają. Kogut byłeś i tyle. Opowiem Ci lepszy patent.
- I kto w końcu pomógł? - zapytałem popijając herbatę.
- Obudził się! - Zarechotał Kazik. - Idziemy nurkować? Czy czekamy jeszcze?
- Ech... czekamy - mruknął niezadowolony Wojdi.
- To teraz opowiem ja - mruknął Karaś. - Będzie krótkie. Mazury, dwa lata temu. Nurek solo. Po kursie wycinania się z sieci i wrakowym rozszalałem się na dobre. Nurek był rekreacyjny, weekendowy. Zanurzyłem się, zrobiłem piętnaście metrów i wychodzę przy szuwarach. Po drodze, na sam koniec natykam się na korzenie. Fajne, masywne, splątane. Półtora metra pod powierzchnią wody. Idę w nie dla treningu i przeciskam się między konarami. Nagle - koniec trasy. Zaklinowałem się. Ale wiecie, ja zawsze mam taką zasadę: do całego sprzętu musisz sięgać rękami. Więc macam się dookoła i za skarby nie czuję co mnie trzyma. No więc się szarpię, próbuję kręcić. Do diabła, widzę przecież tę powierzchnię! I ten absurd zaczyna mnie denerwować. Postanawiam się wypiąć ze szpeju i wyjść, żeby z wierzchu coś zadziałać. Zdziwicie się: figa! Korzenie trzymają mnie tak chytrze, że nie mogę zbliżyć rąk do siebie i zdjąć uprzęży. Jak? Do dziś nie mam pojęcia! W końcu zostało mi pięćdziesiąt atmosfer. Trzydzieści. No płakać się chce. Wystrzeliłem bojkę i czekam. Może kto z brzegu przyjdzie, a ja dalej walczę. Nożem tnę, wiecie. Wszystko już: uprząż, wypinam redbulle, pompuję worek, spuszczam... Nic. Znowu się macam. Nie ma ani grama luzu. Gałęzie trzymają mnie jakby wokół mnie wyrosły. I znowu liczę na cud, jak i ty, Wojdi.
- Taaa... - mruknął Wojdi niecierpliwie. - Może wreszcie pójdziemy?
- Hej - przebieram nogami na siedząco. - I jak sobie poradziłeś? Opuszczacie ten morał, co dla każdego nurka najważniejszy! Jak się udało?
- Czekamy - Karaś odpowiedział Wojdiemu. - Może ty opowiesz swoją historię? - Spojrzał na mnie.
Teraz to mnie zdenerwowali. Już nawet nurkować z fagasami mi się odechciało.
- Chrzańcie tego partnura - wypaliłem. - Jeśli dotychczas nie przyjechał, to już pewnie go nie będzie, prawda? Dużo nurkujecie?
- Po całej Polsce - odparli razem i to zgranie ich rozbawiło.
- No to się gdzieś znajdziecie - dopowiedziałem nie kryjąc złośliwości. - A może ja Wam pomogę? Znam kilku nurków
Spojrzeli na siebie, a potem na mnie.
- Może znasz - mruknął Wojdi. - Dziś rano, chciał wymanewrować przed psem i spadł z mostu. Z samochodem. Zostawił w domu żonę przy nadziei.
- To nie... - chciałem odpowiedzieć coś kąśliwie, ale nagle zabrakło mi tchu. W miarę jak zaczynałem wszystko rozumieć coraz większa siła zakleszczała się na moim panicznie kołatającym sercu.
- Czekamy? - zagaił Karaś uśmiechając się delikatnie.
Rozejrzałem się wokół. Wciąż była ta sama pora dnia. Butle znów pełne. Właściwie ani zimno, ani ciepło. Wokół cisza. Tylko nas trzech.
- Chodźmy zanurkować - powiedziałem powoli. - Ale najdziwniejszej przygody nurkowej nie mam wam co opowiadać. Komu jak komu... - Pomyślałem o Aśce.
Chłopaki byli już na nogach. Poklepali mnie po ramieniu i zagasili ognisko, a potem kijkiem na piasku Kazik wyrysował plan nurkowania. Na początek, rozgrzewkowo dwadzieścia metrów.
***
Starych nurków, tych jeszcze z gwardii kosmicznych głębokości robionych na powietrzu można czasem przekonać kuflem piwa do opowiedzenia pewnej historii o dziwnych dekompresyjnych bojkach. Idzie ona mniej więcej tak. Wczesnym świtem, zanim słońce wychyli się znad linii horyzontu, na powierzchni wody pojawiają się czasem, w różnych miejscach - na jeziorach, a nawet morzu - niewyraźne cienie, jakby nieduże bojki deko. Bez względu na to jednak ile czasu obserwator na nie patrzy, nikt się wokół nich nie wynurza. One same zaś w końcu nikną za falą, lub wiatr spycha je w sitowie. Próżno ich tam jednak szukać. Kilku świadków tego zjawiska jest przekonanych, że widziało nawet bańki powietrza pękające wokół owych tajemniczych cieni. Wypada wtedy pomyśleć o wszystkich tych, którzy odeszli na wieczne nurkowanie i ukłonić się wodzie. Jeśli dochowa się rytuału, można tego dnia liczyć na wyjątkowo spokojne, udane zanurzenie. Takie, w którym ponoć czuje się oddech anioła stróża tuż na ramieniu. Na takie uwagi starzy nurkowie uśmiechają się tajemniczo i kręcą głowami, dopowiadając, że to chyba nie anioł stróż.
Ostatnio zmieniony przez Miłosz 25-12-2003, 23:53, w całości zmieniany 4 razy
Wiek: 44 Dołączyła: 21 Cze 2003 Posty: 7 Skąd: Warszawa
Wysłany: 25-12-2003, 10:38
pięknie napisane..
natchniona tym opowiadankiem rozmyślam właśnie o tych wszystkich, którzy żyją w naszej pamięci,a których najdziwniejszych historii już nie usłyszymy..
Nishi - jesteśmy pod wrażeniem...
...daje do myślenia na wielu poziomach...
Gratulujemy
kaarol [Usunięty]
Wysłany: 25-12-2003, 20:56
Nishi .... ciezko mi to skomentowac .... bardzo ladne .... smutnie dodalabym tylko, ze takie na czasie. niestety:(
dzieki Ci za to opowiadanie - przeczytanie pomaga!
Bardzo dobre! Dziękuję Ci za to opowiadanie, jest takie.... fajnie refleksyjne a jednocześnie ciepłe (takie jest moje odczucie... )
Nishi może razem przypuścimy atak na admina, żeby stwożył nowy dział "Nurkowe opowieści"? każdy mógłby tam skrobnąć jakąś swoją opowieść. Na moje prośby Gosia nie odpowiada.
Super - może byś to gdzieś opublikował!?. PO przeczytaniu zdecydowałem, że jednak dzisiaj zanurkuję i już pakuję szpej.
Wesołęgo Nowego Roku
RZ
Active Divers
Dołączył: 28 Mar 2003 Posty: 5 Skąd: Warszawa
Wysłany: 04-01-2004, 00:21 Napisał prawdę
Witam Miłoszu!
Podobał mi się Twój tekst. Prawdziwie CMASowska opowieść, jakiej nie słyszałem od długich, gorzkich, przepełnionych pogrzebami przyjaciół lat. Ale nie chodź solo! To właśnie takich pogrzebów było najwięcej...
pozdrawiam
szef szkolenia klubu płetwonurków Active Divers PTTK
Tomasz Strugalski
PS.Będzie dla mnie zaszczytem jeśli zgodzisz się przyjąć w prezencie kurs P2 CMAS (realizowany oczywiście dopiero latem - wolalem to napisać bo jeszcze pan Kriss rzuciłby się na mnie, że w zimę robie P2, czy coś takiego...Cholera, przyszło żyć w czasach gdy człowiek boi sie własnego cienia. Nawet jak nas ZOMO pałowało nie było aż tak źle...).
Oczywiscie, ci co mnie znają wiedzą, że nie robię niczego bezinteresownie! Licze po prostu na Twoje opowieści przy ognisku!
Active Divers : przeginasz kolego, staje się to już żałosne. Może kolega umówi się z kolega Krissem i wyjasni sobie wszystko. Wezcie sekundantów.
CMAS-owska opowieść ? chyba jeśli już to " nurkowa " co to jest CMAS-owska opowieść , nie kumam.
Ostatnio zmieniony przez Clio 04-01-2004, 22:15, w całości zmieniany 1 raz
MArcin M. [Usunięty]
Wysłany: 04-01-2004, 17:58 Re: Napisał prawdę
Active Divers napisał/a:
Witam Miłoszu!
Podobał mi się Twój tekst. Prawdziwie CMASowska opowieść,
Panie TS zakochany w CMASie:
Nie rozumiem tylko tego stwierdzenia
Co tu ma wspólnego z tym CMAS A gdyby kolega Miłosz był z PADI, lub SSI to co, jego opowieść byłaby inna, gorsza
Pozdrawiam Marcin (niestety ten gorszy nurek bo nie CMAS )
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Administrator FORUM-NURAS uprzejmie informuje, że nie ponosi odpowiedzialności i w żaden sposób nie ingeruje w treść wypowiedzi umieszczanych przez użytkowników na Forum.
Zastrzega sobie jedynie prawo do usuwania i edytowania, w ciągu 24 godzin, postów o treści reklamowej, sprzecznej z prawem, wzywających do nienawiści rasowej, wyznaniowej, etnicznej
czy tez propagujących przemoc oraz treści powszechnie uznanych za naganne moralnie, społecznie niewłaściwe i naruszających zasady regulaminu.
Przypominam, że osoby zamieszczające opinie, o których mowa powyżej, mogą ponieść za ich treść odpowiedzialność karną lub cywilną.
Serwis wykorzystuje pliki cookies, które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Forum-Nuras przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz.
Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki. Przeczytaj, jak wyłączyć pliki cookie i nie tylko