Strona Główna FORUM-NURAS
Froum dla nurkujących i nie tylko ...

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy    KalendarzKalendarz
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat

Poprzedni temat «» Następny temat
z okazji Dnia Kota 17.02.2011
Autor Wiadomość
nurkot 



Stopień: murena
Kraj:
Poland

Zaproszone osoby: 1
Wiek: 42
Dołączyła: 09 Mar 2008
Posty: 533
Skąd: Kraków
Wysłany: 17-02-2011, 20:12   z okazji Dnia Kota 17.02.2011

Opowiadanie miejscami jaskiniowe, zupełnie nienurkowe, ale wody trochę było a refleksji na tematy nurkowe jest jeszcze więcej...


Wszystko zaczęło się od tego, że... hmmm.. właściwie nie wiem gdzie był początek. Czy był to pewien zimowy dzień, kiedy temperatura powietrza sięgała 18 kresek poniżej zera a kolega Jacek wymyślił, że właśnie pobawimy się nurkując w stylu SM, co jednak tylko na pozór nie ma nic wspólnego z sadomasochizmem, o czym dane mi się było przekonać parę tygodni później kiedy nosiłam wiele kilo sprzętu przez zaspy śnieżne, tylko po to by utytłać się w błocie i wleźć do jakiejś mokrej dziury z dużą ilością komarów na ścianie (ja, która tak nie lubiłam nigdy jaskiń innych niż olbrzymie, turystyczne i oświetlone z przepięknymi stalagtytami zwisającymi z sufitu i próbującymi ich dosięgnąć stalagmitami).

A może było to wtedy, gdy zauważyłam, że czas, który mogę pozostać na wraku jest tak krótki, że ledwo wystarcza mi go na to by zacząć odczuwać ten niesamowity dreszczyk emocji i radości związany z przebywaniem blisko czegoś tak potężnego, strasznego, smutnego a jednak równocześnie pełnego nowego życia i zachowującego pamięć o sobie i innych? Nurkowania na wrakach.. Wiedziałam, że mi się spodobają, zanim ujrzałam pierwszy wrak.

Natomiast zupełnie nie spodziewałam się, że spodoba mi się... nurkowanie. Więc może zaczęło się właśnie tego dnia, kiedy przyszedł Piotr odwiedzić mnie po swoim długim pobycie w Egipcie i zapytał czy nie miałabym ochoty zanurkować. Odpowiedziałam, że w sumie to nie, bo w ogóle mnie to nie interesuje a mam już przecież tyle pasji.. Po chwili pomyślałam, że właściwie mogę spróbować, zobaczyć jak to jest pod wodą, tak z jeden raz. No i... wylądowałam na kursie, zupełnie nieświadomie i pełna zaskoczenia zaczęłam jednak w nim uczestniczyć, co chwila się wykłócając po co robić kolejne ćwiczenie, kiedy "i tak mi nie wyjdzie" i "i tak się do niczego nie przyda" a w ogóle to: "Po co ja mam schodzić na 18m? To jest tak głęboko! I ja tam nie chce i mnie to ani ani trochę nie interesuje!" Nurkowanie mi się spodobało od pierwszego zanurzenia, to że będę nurkować wiedziałam jednak dopiero ostatniego dnia kursu, a jednak długo nie zamierzałam zejść nigdzie niżej niż te kilkanaście metrów, bo... po co?

Potem ciągle było "po co?" Jaskinie to była "kupa mokrych kamieni" cytując za Georgitsisem, którego usłyszałam tak mówiącego na temat swojego braku fascynacji nurkowaniami jaskiniowymi, natomiast ja wtedy jeszcze uznawałam tylko wraki, mimo, że na koncie miałam aż O (zero) nurkowań wrakowych.

Możliwe jednak, że wszystko zaczęło się znacznie wcześniej, od mojej fascynacji sztukami walki i tym, że tam walczy się tak naprawdę ze sobą, pokonując swoje własne słabości, ból, strach? Sztuki walki są piękne, ale są piękne jeśli jesteś już na pewnym poziomie i sprawia ci radość to co robisz, zresztą, jak we wszystkim.. W nurkowaniu ciągle mi czegoś brakowało. Marzyłam, by było to dla mnie tak lekkie i przyjemne jak jazda samochodem, kółeczka toczące się w rytm myśli, muzyki.. Tur tur tur (yyy... to nie traktor) prosto do Jastarni, kilometrów: 100, 333, 500, 670 cel! Okazało się, że nurkowanie może być lekkie, bezstresowe i przyjemne jak już nie obawiasz się nieznanego i przećwiczysz najbardziej prawdopodobne sytuacje awaryjne, które przydarzyć się mogą. Przećwiczenie zajęło trochę czasu, ale ponieważ towarzyszyły temu wraki, każde nurkowanie było nurkowaniem udanym, mimo, że czasem wrak tylko "był" obok i patrzył na nasze żałosne próby poruszania się i sprawnego działania w obcym żywiole. Raz nawet wrak nie podał mi powietrza! Mimo, że tak ładnie o to prosiłam.. Pomylić wrak z partnerem! Na kilkunastu metrach! Wrażenia z nurkowań były jednym słowem niezapomniane. Nic dziwnego - skoro instruktorem był Paweł, "legenda Bałtyku" ;) a tak poważnie to: nie tylko instruktor, ale pasjonat nurkowania! Tak więc naturalne jest, że apetyt się zaostrzał w miarę oddychania..

Coraz bardziej marzyłam o gorących mieszankach, które umożliwią mi dłuższy pobyt na ukochanych wrakach. Coraz bardziej też marzyłam o tym by popłynąć do jaskini...
XDivers, TOPR, GNJ, EKPP - od nich coraz więcej słyszałam o jaskiniach. Czas było wreszcie samemu poczuć, zobaczyć, dotknąć, albo raczej lepiej nie dotykać, coby nie zmulić dna ;)

Do nurkowania technicznego trzeba oczywiście mieć kondycję. Do jaskini trzeba mieć psyche. Ćwiczyłam od zawsze jedno i drugie, ale to nie znaczy, że nie można poćwiczyć jeszcze trochę :)

Treningi - wytrzymałość, siła, rozciągnięcie, treningi basenowe i treningi w terenie. Tego dnia akurat był w planie ten ostatni. Z powodu chwilowej pracy w dość nadającym się do tego terenie, tuż po niej, około 16, porwałam plecaczek, i pobiegłam w kierunku Dworca. Plan był taki by dojechać do Kuźnic, wbiec na Kasprowy a dalej "jakoś to będzie". Jednak elastycznym należy być i pierwsza zmiana planu miała miejsce już na Dworcu, kiedy to jak na złość nie było żadnego busa do Kuźnic a jeden, który jednak był (jak to z tymi trzema kaczuszkami, gdzie jednej nie było) uciekł, gdy jadłam zapiekankę.. Tak więc postanowiłam chwycić byle jaki jadący "bliżej Tatr" i akurat okazał się nim być bus jadący do Doliny Chochołowskiej. To że czynił on to drogą okrężną przez Kościelisko i Witów, spowodowało, że poznałam nieco zwyczajów okolicznych wsi (np. czekanie na papierosy, które przywozi kierowca busa babuni z małej chatki przy drodze) a także to, że zaczęłam iść w górę o 17.15.

Prawie natychmiast zaczęło padać. Ubierając i zdejmując pelerynę, doszłam do wniosku, że w niej się pocę a bez niej jestem trochę mokra od deszczu, więc na jedno wychodzi. Tak więc peleryna wylądowała w plecaku a ja prawie przy schronisku w Dolinie Chochołowskiej.. Prawie czyni różnicę i tak naprawdę skręciłam ostro w lewo na żółty szlak wiodący mnie kamieniami błotnistymi wprost w las nad potokiem. Skakałam z kamyka na kamień. Wg. planu od rozstaju z Chochołowską miałam godzinę drogi w górę, wg. drogowskazu 1,5 godz. Deszcz siąpił delikatnie, ale zimno nie było. Wręcz przeciwnie, czułam się jak w saunie parowej i przebiegła mi myśl przez głowę, że moja cera stanie się alabastrowa a skóra najgładsza w świecie, dzięki tej saunie, co mnie bardzo ucieszyło, bo lubię widzieć coraz więcej plusów biegu po śliskich kamieniach w błocie, wczesnym wieczorem letniego popołudnia. W pewnym momencie wyszłam z lasu wprost na zbiórkę drewna, paskudnie wycięte drzewa leżały martwe w pełnym słońcu. Zabite przez ludzi jak wraki, stanowiły swego rodzaju cmentarzysko po "tej" stronie, która akurat nie miała farta stać się Tatrzańskim Parkiem Narodowym. Nie mniej jednak polana wyglądała fascynująco a po obu stronach rysujące się szczyty gór odbijały mocne jeszcze o tej godzinie słońce.

Westchnęłam z wrażenia.. Szczyt doliny (? oksymoron?) rysował się na horyzoncie, ale było to tak piękne, że jeszcze przyspieszyłam kroku. Deszczyk wciąż kapał delikatnie, ludzi prawie nie było, więc można było prawdziwie wczuwać się w atmosferę gór. Potem już tylko wczuwałam się w swój oddech - wdech, wydech i kolejny stopień w górę, tempo moje, więc niezależne, ale lubię krótko się męczyć ;) Po chwili byłam już na Iwaniackiej Przełęczy. Widoki tutaj nie mogły się z niczym równać. Jasno, przestało kompletnie padać, wieczorne słońce oświetlające Kominiarski Wierch, który sam w sobie jest piękny a jeszcze w tak cudownej atmosferze powodował, że miałam ochotę tam wbiec, znaleźć się właśnie tam, na szczycie! Jednak spacerki po pracy nie dają aż takich możliwości, więc grzecznie ustawiłam się twarzą w kierunku celu i podążyłam żółtym szlakiem w dół, prosto do schroniska Ornak, po drodze wychodząc znów na przepiękne punkty widokowe, podziwiając Czerwone Wierchy i wijące się pode mną doliny. W pewnym momencie aż zamarłam z wrażenia, gdy wychodząc z lasu moim oczom ukazała się piękna panorama Tatr Zachodnich w blasku popołudniowego słońca..

Dla takich chwil warto przemierzać każdy kilometr.. Jeśli wędrujesz samemu, tym bardziej odczuwasz każdy krok, zapamiętujesz każdy kamyczek na drodze, bardziej się możesz wyłączyć, poddać się tylko drodze, a gdy trafisz na coś fascynującego, może to oddziaływać bardzo silnie i trzeba po prostu podziwiać piękno, czuć atmosferę "tu i teraz", trochę jak pod wodą, kiedy albo robisz zdjęcia, chcąc uchwycić właśnie "ten" moment albo zwyczajnie wczuwając się w wodę, w stworzenia żywe i przyrodę nieożywioną wokół, nie myślisz zupełnie o niczym.. Jeśli jednak, czy na szlaku czy pod wodą, jest obok osoba równie ciesząca się z istnienia "tu i teraz" to dzielenie się tym może być jeszcze piękniejsze... Tymczasem zbiegłam w dół malowniczym żółtym szlakiem i tuż przy schronisku zapatrzyłam się w potok. W Tatrach potoki mają swą głośną specyficzną pieśń, zwłaszcza latem słychać je potężnie a lodowata woda kusi spragnionych wędrowców.. Nie czekając, zdjęłam buty i weszłam do potoku. Górskozimna woda sprawiła, że w pewnym momencie poczułam, jakbym lewitowała nad potokiem - czucie w stopach prawie stracone, szybkie obkurczenie naczyń, które jeszcze przed chwilą buchały ogniem usiłując dostarczyć odpowiednią ilość tlenu pracującym mięśniom. Masaż stóp kamieniami dał jaki taki powrót czucia i tak nowo narodzona wbiłam się z powrotem w buty i doszłam swobodnie do schroniska w Dolinie Kościeliskiej.

To, że przeszłam tak a nie inaczej z Doliny Chochołowskiej podyktowane było między innymi pewną nietypową zachętą pewnego speleologa coby odwiedzić sobie jaskinię. Pomysł wydał mi się niecodzienny, ale i ciekawy. Właściwie często szukam czegoś nowego w Tatrach i z moim skromniutkim doświadczeniem mam chyba wciąż więcej przejść zimowych niż letnich a zdecydowana większość moich 'najostatniejszych' wędrówek nie kończy się przed zmrokiem. Mało tego - nieraz rozpoczynałam swe wędrówki bardzo po zmroku albo nawet jeszcze bardziej, co podyktowane nie było nigdy niczym innym jak czasem. Jako kot widzę nieźle w ciemności, ale zdaję sobie sprawę z bycia smacznym kąskiem dla drapieżników (mówimy wciąż o wycieczkach po Tatrach czy po osiedlach nowohuckich lub paru spelunach?) i tak kiedyś mknęłam naprawdę szybko na nartach przez las, nie chcąc nawet zobaczyć wilków biegnących po delikatnych śniegu. A innym razem oczy pewnej istoty wypłoszyły mnie na tyle, że stałam jak Zamarła Turnia dopóki oczy nie pokicały wraz z właścicielem o długich uszach...

W schronisku Ornak kilku lubiących raczyć się etanolem drapieżników głośno i rubasznie snuło swoje plany na podboje nieistniejących panienek. Przemknęłam bezszelestnie w kierunku szlaku, gdy w pewnym momencie pewna sympatyczna para spytała mnie o warunki w górze. Nie mogłam im udzielić wyczerpującej odpowiedzi z powodu braku mnie w interesującym ich czasie w interesujących ich miejscach, nie mniej jednak oni udzielili mi sporo informacji na temat interesujących mnie jaskiń. M.in. o znalezionym po 2 latach turyście z bułką w rękach w Jaskini Mylnej oraz o paru innych błotnistych, zalodzonych, mokrych i jednym słowem po prostu pięknych jaskiniach!

Z tą świeżą wiedzą i uśmiechem na ustach po dość długiej i zabawnej pogawędce, pomknęłam w dół Doliny Kościeliskiej.
Było już zdecydowanie ciemniej niż pół godziny temu, ale mimo wszystko wciąż jasno, słońce dopiero co zaszło, ale jasne, bezchmurne niebo wciąż świeciło błękitem. Z tego co pamiętałam, szlak odbijający w kierunku jaskiń dość szybko pojawiał się po odejściu od schroniska a tu jak na złość go nie było. Minęłam dwójkę turystów (tylko tylu pozostało w Dolinie Kościeliskiej o tej godzinie - około 20.30) i zrezygnowana szłam w dół dość szybkim krokiem - jak mogłam nie zauważyć odejścia szlaku? W tym momencie zobaczyłam drogowskazy w lewo: Jaskinia Mylna 15', Jaskinia Raptawicka 20'. Przemknęło mi przez myśl, że nie wyglądało to na tak dużo na mapie, ale bez zbytniego zastanawiania rozpoczęłam wspinanie się do góry, szlak akurat rozpoczynał się od kawałka z łańcuchami i chłopaki, których dopiero co wyprzedziłam dziwnie na mnie patrzyli. Oczywiście przemknęło mi przez myśl, że może to ostatni turyści i jak zlecę ze skał, to dopiero tych jutrzejszoporannych będę straszyć, ale nie starając się martwić tym zbytnio (samotnie chodząc w dowolnych małouczęszczanych miejscach ryzykuję, a więc jeśli postanowiłam to ryzyko zaakceptować, to przynajmniej powinnam skorzystać z tego co daje dzień) doszłam do rozstajów dróg. Widok w tym miejscu był zachwycający - parę minut podejścia w górę spowodowało, że byłam naprawdę dość wysoko od dna (?) Doliny a tuż nade mną wznosiły się piękne skały...

No ale trzeba było wybrać drogę - na lewo albo prosto (zależy jak patrzeć) szedł szlak czerwony, do Jaskini Mylnej - nie widać go było zbytnio, bo zaczynał się zakrętem. Natomiast na wprost (lub w prawo, z innego punktu widzenia) szedł szlak czarny. Jaskinia wydawała się być po prawej - takie czarne coś - zdziwiłam się, że tak szybko, bo na pewno nie szłam tu nawet 10 minut. Na chwilę zamknęłam oczy. Żadna z dróg nie wydawała się wołać "chodź tędy", więc właściwie nie miałam pojęcia gdzie powinnam się udać. W końcu pomyślałam, że wybiorę coś, co już widać i weszłam na czarny szlak, mimo, iż szczerze powiedziawszy mniej mi się podobał. Ku mojemu zaskoczeniu czarna "jama" okazała się być rysą skalną a właściwy szlak prowadził... do góry i znów wspinaczka z łańcuchami. Oczywiście dla osób prawdziwie się wspinających, takie podejście to się robi w ślepej masce na zatrzymanym oddechu. Jednakże ja wspinałam się tylko na Smoka Wawelskiego i otaczające go skałki pod Wawelem czy przy Wiśle, co nie znaczy, że nie lubię chodzić po skałkach, wręcz przeciwnie - uwielbiam to! I dlatego z wielką radością i zaciekawieniem właziłam pod górę aż do czarnej dziury. Nie zostałam przez nią wchłonięta a raczej z radością przywitałam sprytną drabinkę prowadzącą w dół. I na tym kończyła się "turystyczność" tej jaskini. Światła nie było, drogowskazów żadnych też nie.. Zresztą, wiedziałam, że jaskinia ta do dużych nie należy, nie mniej jednak spojrzałam wokół niepewna, czy nie przeszkadzam jakimś grotofilom w przygotowaniach do tajemnego nocnego spoczynku.. Ponieważ nic nie zauważyłam i nic nie chciało mnie zaatakować ani powitać, wyciągnęłam czołówkę z plecaka i udałam się na "podbój jaskini". Pierwszy kierunek obrałam w prawo. Światło wydobyło z mroku fascynujący sufit z którego kapała jednostajnym dźwiękiem woda jaskinna. Trochę brzmiało to tak jakbym była w lochach z Diablo, ale szkielety jeszcze na mnie nie biegły. Pomyślałam, że to może dobrze, że jestem tu, a nie w Mylnej, zwłaszcza po opowieści o turyście znalezionym w dwa lata po próbie konsumpcji bułki.. I w tym momencie przypomniał mi się "Mrok", który niedawno zaczęłam czytać. Jeśli ja, której nic co ludzkie nie jest obce, dziwnie się czuję na myśl ujrzenia martwego ciała w suchej jaskini tatrzańskiej, 20 m od wyjścia. Jak mógł się czuć człowiek widząc owe ciało poddane jeszcze wszelkim procesom pośmiertnym na 270 metrze wgłąb? Przestałam analizować tę kwestię i zaczęłam przyglądać się bardziej jaskini. Wydawało się na pierwszy rzut oka, że kończy się znacznie szybciej, a tu - za kolejnym kamieniem, kawałek jeszcze i jeszcze. Zasłoniłam latarkę - ciemność otoczyła mnie ze wszystkich stron z wyjątkiem strony z której było wejście do jaskini. Światło wyraźnie dawało jasną smugę, ale nie sposób byłoby zwiedzać jaskini bez latarki, dzięki oświetleniu można było ujrzeć dokładnie wszystkie ściany jaskini, przyjrzeć się każdej skałce.. Po chwili wróciłam ku wyjściu i zaczęłam iść na wprost i w prawo, doszłam do końca korytarza gdzie zwężał się on tworząc szczelinę między dwiema skałami, tam już dalej na pewno nie sposób iść - znów zaczęłam wracać i pomyślałam, że teraz to już po zgaśnięciu latarki zapanowałby naprawdę kompletny mrok. Nie miałam na niego zbytnio ochoty, ale nurkowanie w jaskiniach, to nie piękne zdjęcia czy filmy podwodne, gdzie świetlistość aż poraża, jaskinia, jak uświadomił mi kiedyś pewien instruktor nurkowania jaskiniowego, jest ciemna. Stwierdzenie oczywiste, nabiera dopiero realizmu, gdy zgasisz latarkę. Wchodząc sama do nieznanej jaskini, mimo, że "turystycznej", mimo, że niewielkiej, zdecydowałam się "ćwiczyć psyche", no więc, jeśli już to robię to... zgasiłam latarkę. Mrok. Jednak gdzieś w oddali mały kwadracik światełka, a więc w razie awarii, "wypłynęłabym" na powierzchnię :) Nie miałam backupowej latary, czasu też nie było za wiele. Ponad godzina od zachodu słońca, na zewnątrz wciąż było jasno, jednak nie długo tak będzie. Poszłam w kolejną część jaskini. Niesamowite jak zmieniała się termika - miejscami powietrze było nagrzane, miejscami taki wilgotny, chłodny prąd wiatru ciągnął..

Muszę zaznaczyć, że jestem kompletnie niejaskiniowa. Wcześniej byłam zaledwie w kilku turystycznych jaskiniach w Polsce i Chorwacji, nie zdając sobie w ogóle sprawy z tego co oglądam, proszę więc o wybaczenie wszystkich grotołazów i innych bywaczy jaskiń o brak terminologii i dziwacznie amatorskie opisy piękna jaskinnej głębi.
Dla mnie to zajrzenie w cztery miejsca tej jaskini było istną eksploracją. Byłam po raz pierwszy sama w jaskini, nie bardzo wiedziałam, czego mogę się spodziewać, miałam jedną latarkę a na zewnątrz robiło się coraz bardziej późno. Tak naprawdę nie było to "nic", jak i niczym jest to, że pod wodą w trakcie nocnego nurkowania gaśnie ci latarka, jednak jeśli jest to jeden z twoich 'pierwszych razów', wtedy otaczający mrok wody wydaje się bardzo obcy i bardzo przytłaczający. Nie wiem na ile da się tego nauczyć, na ile dziwne, kłębiące się stwory mroku można tylko przegnać ze swojej wyobraźni, na ile jest to kwestia nieuświadomienia sobie tego? Strach jest tylko reakcją organizmu, podobnie jak stres. Trzeba radzić sobie z nimi, choć wiem, że są granice, tej dotknęłam już później, nie "kontrolowanie" wyłączając sobie światło w kilkunastometrowej jaskini... Ale najpierw z niej wyszłam. Drabinka. Krok po kroku aż mym oczom ukazały się szczyty gór, zielona trawa... Nawet po tak krótkim pobycie w jaskini (kilkanaście minut?) widok był dość sycący..

Rozpoczęłam schodzenie ze skałek, było już coraz ciemniej, jednak nie na tyle by wyjmować latarkę. Nagle coś się poruszyło - przystanęłam - zielono szara żabka zamarła w bezruchu. Obserwowałam jej piękne kształty, jej skórę niesamowicie ubarwioną i jej bezruch. Jedyne co świadczyło o jej żywotności to jej oddech. Widziałam jak rusza się jej skóra. Czułam wręcz jak bije jej serce. Wycofałam się. Żabka wciąż tkwiła nieruchomo wierząc w swój kamuflaż. Tylko ta wiara jej pozostała. Zostawiłam ją czym prędzej - po co ma się długo denerwować? Jest piękna, mogłabym tak na nią patrzeć... jednak jej niewątpliwie nie sprawia to przyjemności. Zeskoczyłam z ostatniej skałki. Ufff... a więc zrobiłam to! Odnalazłam jaskinię i ją spenetrowałam ;) Heh, poczułam się jak po tajemnej eksploracji nyski na Zakrzówku albo łyżki Koparki na Koparkach!

Teraz już tylko prosta droga Doliną Kościeliską aż do samego dołu. Szłam cicho i spokojnie, aczkolwiek dość szybko. Czołówka w plecaku - było już ciemnawo, ale na tyle jasno, że nie musiałam niczym sobie przyświecać. Nagle usłyszałam dziwne i dość szybkie ruchy w niewysokich zaroślach oraz dość dziwny ryk.. Pierwsze zareagowały mięśnie - zrobiłam kilka błyskawicznych kroków do boku, odskakując od środka drogi którym szłam i zbliżając się tuż do drzewa. Po chwili zaczął działać mózg - co ma większe szanse wspiąć się na mokre bezgałęziowe drzewo - ty czy misiek? Miałam wielką ochotę po prostu wziąć nogi za pas i pobiec w dół doliny. Jednak postanowiłam opanować niewątpliwą panikę. Byłam przerażona - stałam jak zamurowana z chęcią natychmiastowej ucieczki. Po chwili jednak doszłam do wniosku, że jeśli misiek jeszcze mnie nie zjadł, to najprawdopodobniej już nie planuje. Potłukłam się chwilę, wyciągnęłam czołówkę z plecaka i świecąc oraz głośno tupiąc spokojnie oddaliłam się w dół. Z początku patrzyłam dość nerwowo za i przed siebie oraz do boku, ale po chwili doszłam do wniosku, że denerwowanie się nic mi nie pomoże i wróciłam do podziwiania Doliny. Fakt, nie wiem jak zareagowałabym gdyby misiek wyszedł i zaczął iść na mnie...

Niemniej jednak cieszę się, że udało mi się pokonać chęć natychmiastowej ucieczki oraz że zdążyłam "pomyśleć". W każdym razie nurkowo potwierdziło się, że raczej nie planuję robić specjalizacji "nurkowanie z rekinami" a nurkowanie jaskiniowe, może kiedyś........ czemu nie?
Tymczasem w najbliższych planach są znów samotne spacery, po "turystycznych" jaskiniach oraz partnerskie bieganie po szczytach Tatr. W plecaku woda i winogrona a w głowie czysta radość z domieszką wiecznej górskiej tęsknoty, kiedy już trzeba zejść w dolinę, kiedy już trzeba się wynurzyć, kiedy już słychać ostatnie takty ulubionej samby i wykonuje się ostatnie kroki, kroczki, bucikiem, kocią łapką czy też płetewką...
 
 
piotr_c 



Kraj:
Poland

Dołączył: 11 Sie 2008
Posty: 3070
Skąd: Neverland
Wysłany: 18-02-2011, 18:27   

nurkot napisał/a:
Prawie natychmiast zaczęło padać.


Jak ja "uwielbiam" takie początki dnia. Ledwie człowiek otwiera oczy i słyszy delikatny szum. Potok? Ale tu nie ma potoku. I gdy powoli zaczyna rozróżniac pojedyncze kapnięcia na tle jednostajnego szumu, wszystko staje się wk.... jasne :(



nurkot napisał/a:
Do jaskini trzeba mieć psyche.


I przede wszystkim... małe gabaryty :ping:



nurkot napisał/a:
o znalezionym po 2 latach turyście z bułką w rękach w Jaskini Mylnej


?????? :D


nurkot napisał/a:
Nagle usłyszałam dziwne i dość szybkie ruchy w niewysokich zaroślach oraz dość dziwny ryk..


Swoją drogą niemal wszystkie moje tatrzańskie spotkania z dziką zwierzyną miały miejsce właśnie w Kościeliskiej lub jej najbliższych okolicach: niedźwiedź, co to okazał się byc jeleniem :D , lisy z przerażającymi oczyma :D i... milczące owce :D

Jak wspominam te historie, to z perspektywy czasu są zabawne. Ale wtedy nie było mi do śmiechu. Dobrze, że nie dzwoniłaś na TOPR tak jak ja na Iwaniackiej.


nurkot napisał/a:
Tymczasem w najbliższych planach są znów samotne spacery, po "turystycznych" jaskiniach


Niestety za wiele ich w Tatrach nie ma. A z pozatatrzańskich, mogę polecic Trzy Kopce w Szczyrku: ładna (o ile ktoś lubi stertę kamieni, które wyglądają jakby miały się za chwilę zawalic), niemała, bardzo... trójwymiarowa i klimatyczna (w przytłaczającym sensie).
Ostatnio zmieniony przez piotr_c 18-02-2011, 18:32, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
nurkot 



Stopień: murena
Kraj:
Poland

Zaproszone osoby: 1
Wiek: 42
Dołączyła: 09 Mar 2008
Posty: 533
Skąd: Kraków
Wysłany: 09-03-2011, 19:43   

piotr_c napisał/a:

nurkot napisał/a:
Do jaskini trzeba mieć psyche.


I przede wszystkim... małe gabaryty :ping:

ech, okazuje się że niekoniecznie - mój instruktor 'suchojaskiniowy' jest sporo szerszy ode mnie a zaciski przechodzi 4x szybciej... ych :/

piotr_c napisał/a:
nurkot napisał/a:
o znalezionym po 2 latach turyście z bułką w rękach w Jaskini Mylnej


?????? :D .

no o takim to znalezisku opowiadał wspomniany w opowiadaniu pan. mało to było pozytywnie nastrajające.

piotr_c napisał/a:
nurkot napisał/a:
Nagle usłyszałam dziwne i dość szybkie ruchy w niewysokich zaroślach oraz dość dziwny ryk..


Swoją drogą niemal wszystkie moje tatrzańskie spotkania z dziką zwierzyną miały miejsce właśnie w Kościeliskiej lub jej najbliższych okolicach: niedźwiedź, co to okazał się byc jeleniem :D , lisy z przerażającymi oczyma :D i... milczące owce :D

Jak wspominam te historie, to z perspektywy czasu są zabawne. Ale wtedy nie było mi do śmiechu. Dobrze, że nie dzwoniłaś na TOPR tak jak ja na Iwaniackiej..

hehe, lepiej nie - jeszcze by ktoś znajomy miał dyżur. mega obciach ;) ;)

piotr_c napisał/a:
nurkot napisał/a:
Tymczasem w najbliższych planach są znów samotne spacery, po "turystycznych" jaskiniach


Niestety za wiele ich w Tatrach nie ma. A z pozatatrzańskich, mogę polecic Trzy Kopce w Szczyrku: ładna (o ile ktoś lubi stertę kamieni, które wyglądają jakby miały się za chwilę zawalic), niemała, bardzo... trójwymiarowa i klimatyczna (w przytłaczającym sensie).


no cóż..
jaskinie turystyczne zmieniły się na nieturystyczne, ale to już zupełnie inna historia.

swoją drogą ich niedostępność, dzikość i ukrytość to naprawdę piękna cecha.
ciekawe czy jest też wiele takich akwenów, z krystaliczną wodą, o których mało kto wie...
 
 
sabala 

Kraj:
Poland

Dołączył: 28 Sty 2009
Posty: 35
Skąd: Zakopane
Wysłany: 09-03-2011, 22:17   

nurkot napisał/a:
mój instruktor 'suchojaskiniowy' jest sporo szerszy ode mnie a zaciski przechodzi 4x szybciej...

po prostu ma krótszy bezdech, nie ma czasu na głupoty w zacisku ;)

nurkot napisał/a:
ciekawe czy jest też wiele takich akwenów, z krystaliczną wodą, o których mało kto wie...

wiele...
 
 
Korku 

Kraj:
Poland

Wiek: 42
Dołączył: 24 Lip 2009
Posty: 72
Skąd: Warszawa
Wysłany: 10-03-2011, 10:03   

Super opowiadanie! Tym bardziej, że w niedzielę wybieram się do Mylnej ;)

nurkot napisał/a:
piotr_c napisał/a:
nurkot napisał/a:
o znalezionym po 2 latach turyście z bułką w rękach w Jaskini Mylnej


?????? :D .

no o takim to znalezisku opowiadał wspomniany w opowiadaniu pan. mało to było pozytywnie nastrajające.

Pewnie chodzi o historię ks. Szykowskiego, który zabłądził w tej jaskini prawdopodobnie na skutek utraty światła..
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Dodaj do: Wypowiedź dla Wykop  Wypowiedź dla Facebook  Wypowiedź dla Wyczaj.to  Wypowiedź dla Gwar  Wypowiedź dla Delicious  Wypowiedź dla Digg  Wypowiedź dla Furl  Wypowiedź dla Google  Wypowiedź dla Magnolia  Wypowiedź dla Reddit  Wypowiedź dla Simpy  Wypowiedź dla Slashdot  Wypowiedź dla Technorati  Wypowiedź dla YahooMyWeb
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Administrator FORUM-NURAS uprzejmie informuje, że nie ponosi odpowiedzialności i w żaden sposób nie ingeruje w treść wypowiedzi
umieszczanych przez użytkowników na Forum. Zastrzega sobie jedynie prawo do usuwania i edytowania, w ciągu 24
godzin, postów o treści reklamowej, sprzecznej z prawem, wzywających do nienawiści rasowej, wyznaniowej, etnicznej
czy tez propagujących przemoc oraz treści powszechnie uznanych za naganne moralnie, społecznie niewłaściwe i naruszających zasady regulaminu.
Przypominam, że osoby zamieszczające opinie, o których mowa powyżej, mogą ponieść za ich treść odpowiedzialność karną lub cywilną.

Serwis wykorzystuje pliki cookies, które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych.
Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania.
Korzystanie z serwisu Forum-Nuras przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz.
Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.
Przeczytaj, jak wyłączyć pliki cookie i nie tylko
FORUM-NURAS topic RSS feed